Przejdź do głównej zawartości

Detoks w POKRZYWNEJ.

To moja szósta wyprawa w głąb siebie. Po czterech latach przerwy w zmaganiach z samą sobą, marzyłam o wyciszeniu, relaksie i lepszym samopoczuciu fizycznym. Za oknem piękne słońce, a w głowie narastająca od wielu miesięcy motywacja do zmierzenia się z totalnym detoksem ciała i umysłu. Totalny, bo to będzie naście dni bez jedzenia i z dużą dawką fizycznej aktywności w bliskości z naturą i wśród ludzi o podobnych tęsknotach.

Po raz kolejny w moim życiu wyruszam w to miejsce z bagażem wypełnionym tylko sportową odzieżą i pozytywnymi myślami, które powinny ułatwić mi przetrwanie w tym niecodziennym stanie ciała i umysłu jaki przede mną. Tym razem jadę w towarzystwie osoby, która podobnie jak ja postanowiła zrobić coś dla siebie i... ot tak zamknąć drzwi i wyjechać po wiosenne oczyszczenie organizmu, pełny relaks, zdrowie i dobrą energię jaką mamy nadzieję zgromadzić na pełny rok.

Nasza miejscówka, na najbliższe kilkanaście dni, to wieś w dolinie Złotego Potoku, otoczona lasami i Górami Opawskimi. Pokrzywna wita nas słońcem, 22 stopniami ciepła i mocno wiosennym powietrzem. Wiem, że nie będzie łatwo, ale wiem też, że warto podjąć to wyzwanie co pewien czas, bo poznałam już kilkakrotnie ten stan PO, czyli PO.. nic nie jedzeniu, PO.. dużej dawce wysiłku, PO.. czasie izolacji od zwykłej codzienności czyli PO.. kilkunastodniowym detoksie ciała i umysłu pod nadzorem mądrych, pozytywnie zakręconych ludzi.

Program pobytu wręcz monotonny i tak być musi. Każdy dzień zaczynamy gimnastyką, później "posiłek" czyli szklanka wody z miodem i cytryną, potem kąpiel, a właściwie pełne zanurzenie w strumyku, gdzie temperatura wody około czterech stopni i gimnastyka ciała i oddechu, i wykłady na tematy krążące wokół fizjologii głodu czy siły i słabości kręgosłupa, i spacer, i sauna, i basen i ok. godziny 20 padamy na łóżko, aby o 9 rano rozpocząć ten sam rytm dnia bez względu na pogodę. W międzyczasie badania lekarskie, wymiana doświadczeń z poprzednich głodówek, przepisów kulinarnych, zumba, kręgle, wypady do Czech czy turniej szachowy.

Paradoksalnie turnusy głodowe to nie jest zmaganie z głodem, bo tego się praktycznie nie czuje, ale ze słabościami jakie pojawiają się w trakcie ich trwania. Czasem to one sprawiają, że ruch ręką to wyczyn. Ważne, że szybko mijają i im dłuższy czas od ostatniego posiłku tym sił i energii więcej. A pojawiającą się od czasu do czasu tęsknota za jedzeniem czy słabość fizyczna, skutecznie tłumi bardzo intensywny program pobytu czy kąpiel w górskim strumyku.

Dobrze, że termin turnusu przypadł na przebudzenie wiosny, bo ta eksplozja zieleni wokół cieszy i często odwraca uwagę od niemocy jaka czasem dopada każdego z uczestników tej szkoły przetrwania. Wiosna zaskoczyła nas skokami temperatur, bo były dni z temperaturą powietrza od pięciu stopni do dwudziestu dwóch, czasem z mocnym słońcem, a czasem ulewnym deszczem i zimnem. I wiem też, że przejście tej drogi, bez względu na pogodę, nie byłoby możliwe bez grupy, bez jej siły i motywacji jaką dawała każdego dnia. Cóż bardziej motywuje niż towarzysz obok ? Ma te same problemy, a jednak idzie, wstaje, płynie, ćwiczy i jeszcze się uśmiecha, i wspiera.

Mój ostatni posiłek zjadłam 2 kwietnia o godzinie 17, a kolejny 15 kwietnia o godzinie 9, a dokładniej to wypiłam miseczkę wywaru z warzyw. W tym czasie pochłonęłam "morze" wody, przeszłam 71 km w czasie długich terenowych spacerów i przedreptałam dodatkowo to tu, to tam 69 km, czyli zrobiłam 236 290 kroków. Spaliłam przy tym 23.600 kalorii, a kąpiele w basenie, górskim strumyku czy korzystanie z dobrodziejstwa sauny, ćwiczenia fizyczne i oddechowe były piękną, chociaż wymagającą codziennością. 

Po raz kolejny zrobiłam coś dla siebie i mam z tego wielką frajdę i górę korzyści. Wiem z doświadczenia, że tej nowej energii i sił witalnych wystarczy mi na kilkanaście miesięcy. A później ? No cóż, albo tu wrócę, albo więcej uwagi i troski poświęcę mojemu zdrowiu i z większą uwagą będę słuchać organizmu, bo on najlepiej wie czego potrzebuje, a co mu zdecydowanie nie służy. Tylko tyle i aż tyle. A może codzienna troska o zdrowie to jedno, a powrót do tego magicznego świata to drugie ? Przecież zdrowia, dobrego samopoczucia na co dzień i wewnętrznej harmonii nigdy dość.

I jeszcze jedno. To było wielkie wyzwanie i próba charakteru, ale... Mój kręgosłup dziękuje mi za troskę jaką mu okazałam w ciągu tych kilkunastu dni, moje płuca i nogi niosą mnie daleko bez zadyszki czy zmęczenia, dolegliwości zdrowotne odpłynęły z górska wodą, a utrata zbędnych kilogramów to już wisienka na torcie. Czego chcieć więcej?

J. 3.04.-15.04 2016

P.S.

Dziękuję Leszku, Dziękuje Wiktor, Dziękuję za Wasz profesjonalizm. Dobrze, że mamy gdzie wracać. 

Marta, Twoje pomiary naszej codziennej aktywności, ucieszyły i zarejestrowały wręcz "niemożliwe" na głodzie. Dziękuję.

Ula jesteś wielka !































Komentarze

  1. Witam serdecznie! Prowadzisz bardzo ciekawy blog. Znalazłam tutaj dużo wartościowych treści. Uważam, że powinnaś zgłosić swój blog do promowania na stronie egee.pl. To fajna strona, która profesjonalnie pomoże Ci wypromować Twój blog oraz zwiększy wyświetlenia na nim. Zapewniam Cię, że znajdziesz tam coś dla siebie! Na stronie jest wiele blogów o zbliżonej tematyce. Polecam! Serdecznie pozdrawiam i zachęcam do owocnej współpracy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za miłe słowa i Twoje sugestie. Chętnie skorzystam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo interesujący artykuł. Pozdrawiam Serdecznie K.W.:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszy mnie Twoja opinia. Dziękuję. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Weekend w SOLCU ZDROJU.

Co robić zimą, aby nie przyrosnąć do fotela? Dalsze wyjazdy to czas i pieniądze. Może więc krótki wypad w okolice? Jeszcze bez rowerów, ale tam, gdzie mamy szanse naładować baterie na resztę zimnych dni....czemu nie? Stawiamy na Solec Zdrój z nadzieją, że chociaż króciutko, to pewnie nie tylko ciało, ale i umysł coś zyska.

Polskie ślady w WIEDNIU, cz.2

Dziś wyruszamy m.in śladami Jana Franciszka Kulczyckiego w przekonaniu, że mniej wiedeńczyków pamięta kolejną rocznicę wielkiego zwycięstwa nad Turkami niż pije kawę, bo jak głosi popularne ponoć w Wiedniu powiedzenie koniec świata poznacie po tym, że w Wiedniu zamkną kawiarnie. Postanawiamy więc iść tropem naszego rodaka, który odegrał niebagatelną rolę tak w bitwie z wojskami wezyra Kara Mustafy jak i w rozpowszechnieniu picia kawy w Wiedniu, a tym samym w całej Europie.