Po śniadaniu opuszczamy Przemyśl. Deszczowe chmury i lekki szum w głowie nie zachęcają dziś do rowerowej przejażdżki. Samochód okazuje się niezastąpiony. Wracamy do domu z planem wizyty w Dubiecku i Łańcucie, ale nie najkrótszą drogą, bo przez Birczę. Dlaczego?
Chcemy raz jeszcze przyjrzeć się niemożliwemu czyli naszemu wczorajszemu odcinkowi rowerowej wyprawy z Arłamowa na trasie Bircza-Krasiczyn-Przemyśl, który mimo chłodu, ciemności i zmęczenia udało się pokonać bez strat. To taki przejazd sentymentalny... podziw i pokłon dla tych, którzy te trasę przejechali bez wspomagania. Oj, ale ja jestem romantyczna..
Sama Bircza wygląda dziś bardziej przyjaźnie niż wczoraj. Jej historia sięga okresu średniowiecza. W XVIII i XIX wieku była siedzibą władz powiatowych, słynęła z "targów końskich" i huty szkła. Została całkowicie zniszczona w czasie II wojny światowej oraz w trakcie działań Ukraińskiej Armii Powstańczej. Dziś wygląda na zamożną i dobrze zagospodarowaną.
Trasa Bircza - Dubiecko jest wyjątkowo malownicza. To raptem 16 kilometrów mało ruchliwej drogi doliną Sanu zabudowaną uroczym i dobrze zachowanym budownictwem drewnianym. Jak miło znaleźć się w miejscu, gdzie architektura nie psuje swoją brzydotą piękna krajobrazu, a wręcz go dopełnia.
I już Dubiecko, duża wieś z bogatą historią w tle. My trafiamy na zamek, gdzie urodził się Ignacy Krasicki i Stanisław Stadnicki herbu Szreniawa zwany "Diabłem Łańcuckim". Dziś to miejsce mocno komercyjne z pyszną kuchnią i wnętrzami, które mają przenosić w tamten czas i pobudzać wyobraźnię każdego kto tu trafia.
I wreszcie Pałac Łańcut, bo on jest głównym naszym celem. Zwiedzamy wszystkie udostępnione pomieszczenia z przewodnikiem w ręku i co chwilę pozwalam sobie na głośne " ŁaŁ" dla kunsztu rzemieślników, nowoczesności rozwiązań oraz poczucia estetyki, smaku, piękna, wyobraźni możnych tamtego czasu. Należymy do nielicznych zwiedzających, więc Panie pilnujące porządku w poszczególnych salach są skłonne dopowiedzieć nam coś z poza przewodnika i chwała im za to.
Nowoczesną rezydencję wzniesiono na polecenie Stanisława Lubomirskiego w latach 1629 - 1642 w charakterze pałacu fortecy. Dopiero w drugiej połowie XVIII w. ówczesna właścicielka Łańcuta Izabella z Czartoryskich Lubomirska przekształciła fortecę w zespół pałacowo - parkowy. Wszelkie zmiany podporządkowano potrzebom i aktualnie panującej modzie. Pałac wypełnił się znakomitymi dziełami sztuki, a park nabrał nowego kształtu. I tak dzięki Izabelli, pod koniec XVIII w. Łańcut należał do najwspanialszych rezydencji w Polsce z intensywnym życiem muzycznym i teatralnym tak gospodarzy jak i wielu znakomitych gości.
W 1816 r. po śmierci księżnej Lubomirskiej, cała posiadłość stała się własnością jej wnuka Alfreda I Potockiego, który utworzył tutaj w 1830 r. ordynację czyli nie możność dzielenia dóbr łańcuckich. Niestety, w rękach Potockich na krótko podupadło piękno tego miejsca, ale kolejny z Potockich, Roman przywrócił mu dawną świetność i unowocześnił. Założono m.in. instalację wodociągową i kanalizację oraz zelektryfikowano cały Zamek. Powstała wtedy większość istniejących do dnia dzisiejszego wnętrz, a elewacje przekształcono w stylu neobaroku francuskiego. Chciałoby się powiedzieć Polak potrafi.
Po tej gruntownej przebudowie i modernizacji, łańcucki zespół pałacowo - parkowy stał się jedną z najbardziej luksusowych rezydencji w Europie kontynentalnej. Często przyjeżdżali tutaj arcyksiążęta Rudolf oraz Franciszek Ferdynand oraz wielu przedstawicieli znakomitych rodów arystokratycznych czy znanych dyplomatów. Ostatni właściciel Alfred III Potocki musiał opuścić Łańcut w 1944. Za zgodą Niemców wywiózł z zamku 70 wagonów dóbr wszelkich. Osiadł na emigracji w Szwajcarii gdzie zmarł w 1958 r.
W czasie naszej wizyty w posiadłości Łańcut nie mogliśmy ominąć wozowni czyli imponującego odbicia kolekcjonerskich pasji Potockich i troski obecnych gospodarzy pałacu o przywrócenie przeszłości.
Dwa budynki neobarokowej Stajni i modernistycznej wozowni stanowią oddzielny kompleks hippiczny w łańcuckiej rezydencji Potockich. Wozownia ma olbrzymią, przeszkloną dachem, halę Zaprzęgową, dwie po jej bokach .. Żółtą i Czarną oraz Szorownię. Ściany hali ozdabia, kolekcja trofeów egzotycznych przywiezionych w 1924 z safari przez ostatniego właściciela oraz kilka trofeów europejskich. Na posadzce dziedzińca cudna, drewniana kostka tłumiąca stukot końskich kopyt.
W wozowni podziwiamy bezcenną kolekcje pojazdów konnych. Mnóstwo luksusowych, o różnorodnych typach i zróżnicowanym przeznaczeniu, a większość pochodzi z najbardziej renomowanych firm wiedeńskich, londyńskich i paryskich. W jednej z wozowni stoją pojazdy reprezentacyjne, w drugiej pojazdy używane w majątku. Co ciekawe, stoją na tych samych miejscach co za czasów właścicieli. Choć nie remontowane, a jedynie poddawane konserwacji i pomimo ponad stu lat każdy, zachowane są w doskonałym i oryginalnym stanie. Ciekawe też, że to jedyna taka magnacka wozownia na świecie, gdzie obok historycznej głównej rezydencji znajduje się kompleks hippiczny.
Odrobinę głodni i spragnieni szukaliśmy wokół pałacu smaczków lokalnej kuchni, ale żadne z miejsc nie przekonało nas do siebie. Odniosłam wrażenie jakby miejscowa gastronomia, także pałacowa, była dedykowana głównie autokarowym wycieczkom czyli tym mniej wymagającym co do smaku i klimatu miejsca.
Opuszczamy Łańcut i obieramy kierunek DOM z przekonaniem, że znajdziemy miejsce z duszą, gdzie ssanie w żołądku przejdzie do historii, a i zmysły nasycimy swojskim klimatem. W myśl powiedzenia mówisz i masz, w okolicach Nowej Dęby przysiadamy w karczmie, gdzie udało się nasycić w pełnym tego słowa znaczeniu i odpocząć przed ostatnim odcinkiem naszej podróży do...czyli tam gdzie najlepiej....DOMU.
J.4.05.2015




Komentarze
Prześlij komentarz