Późnym popołudniem wyjeżdżamy z Wiednia w kierunku Schladming. Po trzech godzinach jazdy, mało zatłoczonymi drogami, wita nas mocno oświetlona dolina, a po nocy piękne słońce i błękit nieba.
Drugi dzień nowego 2015 roku. Bliską sercu osobę odwozimy na lotnisko Chopina, a przy okazji chcemy załatwić w stolicy kilka ważnych i terminowych spraw. Tym razem nie wystarczy jeden dzień....zostajemy tu aż 4 dni.
Miłe te nasze powroty do kraju chociaż wracamy szarą, deszczową, zimą, a wyjeżdżaliśmy barwną, słoneczną jesienią. Pourlopowa codzienność odrobinę trudniejsza, bo bardziej pracowita niż sam tramping, ale kto powiedział, że po powrocie będzie łatwiej?
Prosto z Colonia del Sacramento wracamy promem przez Rio de a Plata do Buenos Aires. Wyjątkowo dużo czasu zajmuje nam argentyńsko-urugwajska odprawa biletowo-paszportowa. Dopiero późnym popołudniem wyruszamy na nasze ostatnie spotkanie z miastem tanga i weekendowej zabawy.
Wyjeżdżamy z Montevideo do Colonii del Sacramento chyba najbardziej wygodnym, rejsowym autobusem w czasie naszej podróży. Nawet WiFi na pokładzie i telefony komórkowe znów się grzeją. Na zewnątrz piękne słońce, dużo zieleni, pojedyncze siedliska. Krajobraz jakże inny od patagońskiego.
Ushuaia żegna nas pięknym słońcem. Z lokalnego lotniska obieramy kierunek Montevideo z przesiadką w Buenos Aires. Wczesnym popołudniem jesteśmy na miejscu. Po zakwaterowaniu pierwsze kroki kierujemy w stronę Placu Wolności z pomnikiem i mauzoleum urugwajskiego bohatera narodowego Jose Gervasio Artigasa.
Snując się po Ushuaia nie mam wrażenia, że znajdujemy się na końcu świata. Miasteczko owszem malowniczo położone, ale mocno skomercjalizowane. Przy licznie docierających tu turystach ten słynny szyld miasta „Ushuaia fin del mundo” jakoś mi tu nie pasuje.